| Żona i kochanka - rywalki czy dwie pokrzywdzone? |
|
|
|
|
Żona i kochanka. O tej pierwszej myślimy: biedna, o drugiej: winna. Poza tym tyle je łączy! Miłość do tego samego mężczyzny. Wrogość do siebie nawzajem. I poczucie, że nie tak ich życie miało wyglądać.
Obie miały nadzieję na szczęście, lecz ich życie rozpadło się jak domek z kart.Katarzyna (49 lat) i Beata (35 lat) ŻONA: Całe moje życie, poczucie jego sensu i bezpieczeństwa, oparte było na moim mężu. Z niego czerpałam szczęście, siłę. Nasz dom był oazą spokoju. Mieliśmy dorosłego syna, spore oszczędności na koncie, sprawdzonych przyjaciół. Wszystko było przewidywalne, nie czułam żadnych zagrożeń – opowiada Katarzyna. Ma 49 lat, pracuje w banku. – Czasem przyłapywałam go na drobnym kłamstwie, pytałam, czy coś się dzieje. Zapewniał, że nigdy by mnie nie zdradził. Gdy odkryłam, że jednak zdradza, i to od trzech lat, mój cały świat się zawalił. Pytałam: „Dlaczego właśnie z nią?”. Bo mąż miał romans z Beatą. Znałam ją! Pracowała w tym samym dziale, co mój Janusz. Spotykałyśmy się na firmowych imprezach. Polubiłam ją. Gdy zachorowała, odwiedzałam ją w szpitalu. A ona zadała mi cios w serce. Gdy wszystko się wydało, Janusz wyprowadził się z domu. Po pierwszej nocy bez niego, nieprzespanej, przepłakanej, powiedziałam sobie: „Zaczynam żyć od nowa”. Wyrzuciłam wisiorek od Janusza do śmieci, z sypialni usunęłam ślubne fotografie. „Jestem twarda, wyliżę się z tego”, powtarzałam. Ale pół roku po rozstaniu nadal tęskniłam. Przecież go kochałam! Któregoś dnia zadzwoniłam do niego. Szlochając, błagałam, by do mnie wrócił, bo go kocham i strasznie cierpię. Wtedy usłyszałam w tle jej radosny głos. Wpadłam w furię, zaczęłam krzyczeć, że ją zabiję. Nie mogłam znieść myśli, że teraz ona go przytula, całuje, pieści. Schudłam siedem kilogramów, gasłam. Bałam się swoich myśli: chciałam, żeby Beacie coś się stało. Nie byłam w stanie z nią walczyć. Ale przecież miałam prawo powiedzieć, co o niej myślę. Napisałam e-maila: „Byłaś taka czuła na punkcie własnego szczęścia. Dlaczego bez skrupułów zburzyłaś moje?”. Nie odpisała. Mąż? Walczyłam o niego. Mówiłam, że bardzo mi ciężko, że potrzebuję jego miłości i opieki: „Wróć, bo umieram z rozpaczy”. Powiedział, że teraz czuje się odpowiedzialny… za nią. Boże, nienawidziłam jej! Obwiniłam za wszystko. To chyba typowy mechanizm. Nie mogłam winić Janusza, bo wtedy musiałabym go wyrzucić z życia, a nie chciałam. Teraz? Minął rok. Doszłam do siebie dzięki terapii u psychologa. Wszyscy mówią, że wypiękniałam, także pewien znajomy, z którym się spotykam. Tymczasem mąż chce wrócić. Powinnam się cieszyć. Tak bardzo tego pragnęłam. Ale dziś już wiem, że to koniec: nie jestem w stanie mu zaufać. Zbyt mocno mnie zranił.
Pierwszą zdradzał przez cały rok, przed drugą ukrywał obrączkę.Marta (40 lat) i Ewa (30 lat) Żona: Proszę pani, nie mam czasu na długie rozmowy. Jutro wyjeżdżam. Uciekam. Jak zwierzę, na które urządzono polowanie. Tak właśnie się czuję – mówi Marta. Ma zmęczony głos, podkrążone oczy. Prawniczka z Warszawy. Jej mąż jest lekarzem, nie mają dzieci. – Rodzina to dla mnie świętość. Ostatnio jednak między mną a mężem się nie układało. Być może przeoczyłam jakieś wcześniejsze sygnały. Zauważyłam, że coś jest nie tak dopiero wtedy, gdy mąż coraz rzadziej inicjował seks. Zwykle to mnie bolała głowa, teraz on wykręcał się zmęczeniem. Przepraszał, że nie ma ochoty na seks, że chyba dopadła go depresja. Niedługo potem odkryłam, że ma romans. W komputerze znalazłam e-maile pełne czułych słówek. Pierwszy – sprzed roku, dokładnie wtedy, gdy zaczęły się jego częste nocne dyżury w szpitalu. Mój świat, taki poukładany, stabilny, runął, zamienił się w gruzy. Dużo czasu miał dla niej. Moim kosztem. Co zrobiłam? Zadzwoniłam do niej. Numer znalazłam w jego komórce. Nie planowałam, co powiem. To były potworne emocje. Mówiłam, co ślina na język przyniosła. Używałam słów, których do dziś się wstydzę. Nawet jej groziłam. W walce o miłość człowiek jest w stanie przekroczyć wszystkie granice. Myśli pani, że ją to wzruszyło? Nawrzucała mi, że jestem dla męża nikim, że tylko ją kocha. Więc jej powiedziałam, że takich panienek jak ona miał na pęczki, a i tak zawsze do mnie wracał. To nie była prawda: wcześniej nie nakryłam go na żadnym romansie. Zagrałam tak, by ją zranić. Potem? Wydzwaniałam do niej codziennie, groźbą, prośbą, czasem płaczem żądając, by nie niszczyła mojego małżeństwa. Byłam histeryczna, prostacka, wulgarna. O ten brak klasy wciąż mam do siebie żal. Któregoś dnia pojechałam do niej. Była zaskoczona, gdy wparowałam do mieszkania. Zaczęła się tłumaczyć: „Nie wiedziałam, że on jest żonaty”. Wyśmiałam ją. W rewanżu usłyszałam słowa wypowiedziane z triumfem: „To dziecko, które śpi w kołysce, to syn Czarka. Niech pani nie liczy, że z niego zrezygnuję. Dziecko musi mieć ojca”. Wybiegłam stamtąd oszołomiona. Trafiła w czuły punkt. Jestem bezpłodna. Mąż? Zapewniał, że to nie jego dziecko. Oraz że wszystko między nimi skończone. Błagał, bym mu dała szansę. Nawet gdyby nie prosił, nie miałabym siły go wyrzucić. Kochałam go. Któregoś ranka wyjrzałam przez okno i omal nie dostałam zawału. Na chodniku przed blokiem stała ona i patrzyła bezczelnie w moje okna. Poczułam niepokój, zapowiedź problemów. Następnego dnia znów była w okolicy. Odtąd często ją widywałam, jak spaceruje z wózkiem. Nie podchodziła do mnie. Nie musiała. To wystarczyło, bym czuła się osaczona. Czasem przed wyjściem z domu obiecywałam sobie, że jeśli ją spotkam, dojdzie do konfrontacji. Ale nie byłam na to gotowa. Czułam się zerem, nikim, ona zdeptała moje poczucie wartości, kobiecość. Zaczęła mnie przerażać. Obawiałam się, co może jeszcze zrobić, do czego jest zdolna. Wychodziłam po zakupy, mijałam ją w osiedlowym sklepie. Szłam na spacer z mężem, zjawiała się przed nami. To wszystko zaczęło mnie przerastać. W desperacji, nie widząc innego wyjścia, postawiłam męża przed wyborem: natychmiast wyjeżdżamy za granicę albo rozwód. Usłyszałam: „Zrobię, co zechcesz”. Zwolnił się ze szpitala. Jutro wyjeżdżamy do Włoch. Wszystko w pośpiechu, ale dostaliśmy oboje pracę. Czy uda się uratować małżeństwo? Nie wiem. Chcę, by jej nie było na horyzoncie.
Jedna wie o drugiej, obie żyją w ciągłej niepewności.Anna (lat 57) i Karolina (36 lat) Żona: Pobraliśmy się z szalonej miłości, dwadzieścia siedem lat temu. Przez ten czas tyle się zdarzyło: przyszły na świat nasze dzieci, kilka lat spędziliśmy na emigracji, wróciliśmy, wybudowaliśmy dom. Paweł zaczął zawodowo nabierać wiatru w żagle, stał się znanym muzykiem, ja zajmowałam się rodziną, opiekowałam chorym ojcem, potem Pawła mamą… Przeżyliśmy tyle pięknych chwil, ale i otarliśmy się o rozwód, gdy Paweł chciał sprawdzić, jak to jest sypiać z inną. Wtedy przeszłam to strasznie. Czułam się upokorzona – prowadzę mu dom, wychowuję dzieci, a on pieści się z jakąś lalą? Wyrzuciłam go z domu. Błagał o wybaczenie… Pozwoliłam mu wrócić, bo zdałam sobie sprawę, że nie umiem bez niego żyć. Tak samo, jak on nie potrafi żyć bez emocji. Później zakochał się znowu… Chciałam życia z artystą, to je mam. Moja mama powtarza, że Paweł od zawsze kochał baby i miał do nich lepkie ręce, i nic na to nie poradzę. Czy mnie to nie rani? Rani! Ale nie mam wyboru. Rozwiodę się i co, zostanę sama? To on zarabia na dom, on na wszystkim się zna. Ja nie mam sił zaczynać od nowa. Na szczęście już wiem, że każda miłostka wietrzeje. Choć gdy widzę jego rozmarzone oczy, nienawidzę go. Gardzę nim. Odżywam, gdy mu mija. I znów pijamy wino, gapiąc się w wieczorny ogród i rozmawiając. Zwierza mi się ze swoich lęków i nadziei. Dziękuje za dom, jaki stworzyłam. Kiedyś powiedział, że gdyby nie ja, dawno by zwariował, i że nie mógłby być z nikim innym. Piękne wyznanie. Wiem, że jestem dla niego ważna. Daję mu więc tę przestrzeń, której potrzebuje. Czasami całe tygodnie się nie widzimy, bo wyjeżdża, pracuje, a i ja mam swój świat. Nie pytam go, z kim się widuje, nie wącham koszul, nie przeglądam jego komórki. Sam mi czasami opowiada o jakimś „zachwycie”, puszy się wrażeniem, jakie na kimś zrobił. Jak kocur znosi mi te swoje myszki. Moja przyjaciółka mówi, że to jest dopiero dowód miłości! Stawia nas za wzór udanego związku. Wokół tyle rozwodów, a my trwamy. Trochę osobno, a przecież razem.Teraz znów z kimś się spotyka. Ogląda wyprężony tors w łazience, martwi się łysieniem. Kąpie się przed wyjściem, goli. Czasem patrzę na niego z kuchni, jakby był moim synem, nawet ubiera się jak dwudziestolatek. Powtarzam sobie: minie mu to. On przy tych młodych ciałach i duszach leczy się z lęku przed śmiercią. To tylko seks, bagatelizuję, choć w duszy mnie boli. Czasem mam w tyle głowy strach: a jeśli któraś wrobi go w dziecko i skomplikuje nam życie? Niedawno podszedł do mnie, gdy kroiłam coś w kuchni, objął w talii. Pierwsze, co mi przyszło do głowy: tamta jest pewnie szczuplejsza… Nie kochaliśmy się od dawna, krępuje mnie moje starzejące się ciało. Jak to ktoś powiedział: szczęściu pomaga ograniczenie oczekiwań. Zródło: Claudia Autor: Agnieszka Rakowska-Barciuk, Anna Augustyn-Protas
|








